Bez kategorii
nsw-5g3e3zpjeuz9o1ij0b6mi1dj4lfmg2b1hisyh3g2lqzqe-k3efbz4s9bh4z205w-rbkfx3qeuapqrfuljj28fg6d6sa5p1lhmdw5fylqx4j30b4hs57-tykgqhz9koa5
-1
archive,paged,category,category-bez-kategorii,category-1,paged-27,category-paged-27,bridge-core-3.0.5,tribe-no-js,qode-page-transition-enabled,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-child-theme-ver-1.0.0,qode-theme-ver-29.2,qode-theme-bridge,qode_header_in_grid,wpb-js-composer js-comp-ver-6.10.0,vc_responsive

Bez kategorii

Owocna współpraca przy organizacji Akademickich Mistrzostw Warszawy i Akademickich Mistrzostw Województwa Lubelskiego w snowboardzie sprawiła, że oba środowiska planują kolejne wspólne działania. Połączeni pasją, ale też trasą S17 rozważają połączenie kilku lig środowiskowych.

Trwają dyskusje na temat tego, które z rozgrywek akademickich mogłyby zostać rozgrywane wspólnie, oraz na jakich zasadach. Rozmowy podjęte zostały jeszcze w lutym podczas narady odbywającej się w Kazimierzu Dolnym. Nie jest tajemnicą, że z powodu zdalnego nauczania część z konkurencji nie cieszy się dużym zainteresowaniem.

– Uważam, że byłoby to ciekawe rozwiązanie i mogłoby w przyszłości wpłynąć  nie tylko na lepszą frekwencję, ale też na zwiększony poziom zawodów. Dla studentów-sportowców z Warszawy i Lublina byłaby to szansa na sprawdzenie się na tle innych kolegów i koleżanek. Byłby to też poważny sprawdzian przed Akademickimi Mistrzostwami Polski – uważa Rafał Jachimiak, wiceprezes AZS Warszawa.

Pod uwagę brane jest m.in. rozegranie wspólnych zawodów Lublinie w piłce ręcznej i lekkiej atletyce, czy też regat na Jeziorze Zegrzyńskim, koło Warszawy. Na fali popularności serialu Gambit Królowej i dla zaznaczenia blisko 170 km dzielących oba miasta, nowością w programie mają być szachy korespondencyjne.

– Wspólnie możemy zdziałać więcej. To nie są łatwe czasy i wymagają od nas poszukiwania nowych rozwiązań. Mam nadzieję, że taka formuła zawodów się sprawdzi, bo już przykład rywalizacji w snowboardzie był tego dobrym prognostykiem – powiedział Marcin Kotowoda z AZS Lublin.

Dodatkowo, już we wrześniu w Lublinie odbyć ma się specjalna edycja zawodów „Od Młodzika do Olimpijczyka” z okazji jubileuszu 10-lecia istnienia akcji. Szykuje się impreza prima sort.

Autor: Robert Zakrzewski

Foto: Marcin Klimczak

Chociaż pandemia wyeliminowała żywiołowy doping na trybunach, to nie wyeliminowała stosowania zakazanych substancji przez nieuczciwych sportowców. Podnieść świadomość oraz wpłynąć na czysty sport mają takie akcje jak Play True Day, organizowane przez Światową Agencję Antydopingową (WADA). Kolejny jej finał odbędzie się już 9 kwietnia.

Tegoroczny temat kampanii brzmi „Co znaczy dla Ciebie – grać czysto?” i wystartuje 5 kwietnia w mediach społecznościowych. Organizatorzy zachęcają wszystkie osoby związane ze sportem do przyłączenia się do akcji w mediach społecznościowych. Wystarczy tylko oznaczyć swoją grafikę, nagranie video, lub zdjęcie hasztagiem #PlayTrueDay.

W ostatnim raporcie Polskiej Agencji Antydopingowej czytamy, że w „2019 r. wykryto o 32 substancje, metabolity, lub markery więcej niż w 2018 r. i o 62 substancje więcej niż w 2017 r.”. Na wyniki z zeszłego roku przyjdzie nam pewnie jeszcze poczekać, ale jednego możemy być pewni. W obliczu pandemii Polska i Światowa Agencja Antydopingowa stanęła przed poważnym wyzwaniem jak przeprowadzać testy, dbając o zdrowie kontrolerów i sportowców.

Promując postawy fair-play Akademicki Związek Sportowy przyłącza się do popularyzacji idei czystego sportu opartego na ciężkiej pracy, bez dróg na skróty.

– Jesteśmy organizacją, która w swoim statucie wpisane ma m.in. cele profilaktyczne, jak walka z różnego rodzaju patologiami. Niedozwolony doping uznajemy zdecydowanie za wroga sportowej rywalizacji. Stosowne zapisy mające zabezpieczać nas przed tym negatywnym zjawiskiem mamy wpisane m.in. w regulaminie Akademickich Mistrzostw Polski. Odnosimy się w nim do regulacji przyjętych przez partnerskie związki sportowe. W wybranych przypadkach np. trójboju siłowym, korzystamy z możliwości prowadzenia kontroli. Mamy poczucie odpowiedzialności za promowanie czystej rywalizacji w sporcie akademickim. Stowarzyszenie daje swoim członkom wiele przywilejów, ale bycie w tej społeczności to także zobowiązanie jako reprezentanta AZS, organizacji z zasadami, piękną tradycją a także osoby występującej w barwach uczelni, której postawa ma nie tylko znaczenie indywidualne ale i zespołowe organizacyjne. Osobiście większe znaczenie w walce z niedozwolonym dopingiem przypisuję właśnie odwoływaniu się do wartości, zasad niż badaniom i kontrolom. Doświadczenie uczy jednak, że czasem to nie wystarcza i także w sporcie akademickim musimy odwoływać się do twardych zasad i kar regulaminowych – powiedział Mariusz Walczak, wiceprezes ds. rozwoju Akademickiego Związku Sportowego.

Play True Day obchodzony jest na całym świecie każdego kwietnia, począwszy od 2014 roku.

Materiały edukacyjne

Autor: Robert Zakrzewski

Foto: materiał prasowy

 

Rewelacyjny beniaminek i zdobywca Pucharu Polski nie zwalnia tempa. Piłkarze wodni AZS Uniwersytetu Warszawskiego zwyciężyli oba weekendowe mecze przeciwko aktualnemu mistrzowi kraju – Polonii Bytom. Dzięki temu azetesiacy objęli samotne prowadzenie w ekstraklasie.

Sobotnie spotkanie rozgrywane na pływalni Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego od początku układało się po myśli gospodarzy. Już po pierwszej kwarcie waterpoliści AZS UW prowadzili 5:1. Ostatecznie z wody wychodzili ciesząc się wygraną 10:6. Najlepszymi graczami meczu zostali wybrani bramkarz AZS – Krzysztof Chałko i bytomianin Mateusz Bomba.

Zmiana czasu, a może i podrażniona ambicja mistrzów, sprawiła że niedzielny pojedynek miał zupełnie inny początek. Prowadzenie Polonii Bytom dał Patryk Cebo, a na dwie minuty przed końcem pierwszej kwarty wyrównał Nikita Chupryna. W drugiej części Białorusin zdobył kolejną bramkę i przy skromnym prowadzeniu AZS UW 2:1 drużyny płynęły na przerwę.

Trzecia partia zakończyła się wynikiem 4:3 dostarczając bramek i jeszcze więcej emocji. Podwyższenie gospodarzom mocnym rzutem dał Przemysław Rudziński, ale błyskawicznie odpowiedział Radosław Paczyna. Po dwójkowej akcji azetesiaków Emila Kalaty i Andrzeja Maciejewskiego, bramkę zdobył ten ostatni. Najskuteczniejszy zawodnik drużyny UW w tym sezonie, był dobrze pilnowany i musiał toczyć zaciętą walkę o pozycję.

W końcówce meczu ósmą bramkę dla gospodarzy zdobył wspomniany Przemysław Rudzki, a wynik meczu na 8:5 ustalił Cebo. AZS miał co prawda szansę na podwyższenie rezultatu, ale sekundy przed końcem nie wykorzystał rzutu karnego. Graczami meczu zostali wybrani: napastnik AZS UW Andrzej Maciejewski i Radosław Paczyna z Polonii Bytom.

– Wykonaliśmy nasze założenia i wiemy, że jesteśmy w stanie wygrać z każdym. To jest tylko kwestia tego na ile będziemy skupieni i nastawieni mentalnie. W każdym sporcie zdarzają się dni, że nic nie idzie i w niedzielę był właśnie taki mecz. Obijaliśmy poprzeczkę i nie trafialiśmy karnych, ale pomimo tego kontrolowaliśmy wynik meczu. To było nie do przecenienia dla zbierania doświadczenia bo nasz zespół jest młody – mówił Jakub Bednarek, trener AZS UW.

Waterpoliści AZS UW objęli prowadzenie w tabeli ekstraklasy z dorobkiem 18 punktów, druga w tabeli jest Polonia Bytom mając 6 punktów straty. Do rozegrania zostały jeszcze trzy kolejki. W ostatniej rundzie spotkań AZS czeka rewanż z drużyną ze Śląska. Wcześniej, bo pod koniec kwietnia azetesiacy rozegrają u siebie mecz z utytułowaną drużyną ŁSTW Łódź, która w tabeli zajmuje trzecie miejsce.

– Wszyscy mówią, że wystarczy pojechać do Bytomia i wygrać jeden mecz. Ale to nie prawda, bo trzeba wygrywać mecz po meczu. Przed nami spotkanie z Łodzią, która nie ma możliwości, żeby nam odpuściła. Oni niemal walczą o życie, bo jak nie urwą nam punktów albo Polonii, to nie będą mieli medalu po raz pierwszy od bardzo dawna. Dlatego skupiamy się na najbliższym meczu i nie patrzymy dalej – tonuje nieco nastroje trener.

Ostatni raz mistrzostwo Polski w piłce wodnej do Warszawy trafiło w 1965 roku dzięki zawodnikom Legii. Czy AZS UW powtórzy ten sukces po ponad 55 latach przekonamy się pod koniec maja.

Autor: Robert Zakrzewski

Foto: Paweł Małaczewski/(Warszawa i Okolice)

 

Chociaż piłkarki ręczne AZS Uniwersytetu Warszawskiego mają małe szanse na pozostanie w 1 lidze, to z rozgrywkami chcą się pożegnać honorowo. W spotkaniu z JKS San Jarosław przez długi czas prowadziły i były bliskie odniesienia pierwszego zwycięstwa w sezonie.

W sobotnim meczu rozgrywanym na dole tabeli faworytkami były zawodniczki z Podkarpacia, które przed 14 kolejką był na 8. miejscu w grupie C. Zaledwie dwie lokaty niżej, na pozycji zagrożonej spadkiem plasowała się drużyna uniwerku, która w tym sezonie przegrała wszystkie swoje spotkania. W listopadzie ubiegłego roku na wyjeździe azetesiaczki uległy drużynie z Jarosławia 17:27, i u siebie na pewno chciały pokazać się z lepszej strony.

Początek rywalizacji był bardzo obiecujący, bo już po czterech minutach zawodniczki AZS UW prowadziły 4:0. Duża była w tym zasługa obrotowej Julii Cichal, która zdobyła aż trzy bramki. Jednak liderka przyjezdnych Amanda Szymborska, która prowadzi w klasyfikacji strzelczyń 1 ligi, nie miała zamiaru oddać meczu bez walki. W 11 minucie razem z koleżankami doprowadziły do stanu 6:5.

Dzięki dwóm trafieniom niezawodnej Kamili Jabłońskiej-Strzępki, zawodniczki w żółtych strojach znów powiększyły swoją przewagę. Dobrze broniła bramkarka AZS – Dominika Staniec, która co jakiś czas efektownie pomagała drużynie. Na skrzydle szalała rozpędzona Agnieszka Ziętek dorzucając co pewien czas bramkę. Cała drużyna z Warszawy spisywała się bardzo dobrze, czego efektem było spokojne prowadzenie do przerwy (18:12).

Po zmianie stron rozpoczęła się pogoń drużyny z Jarosławia. Na początek dwa trafienia zdobyła Malwina Bartoszek, zmniejszając przewagę AZS UW do czterech bramek. Co prawda odpowiedziały jeszcze Aleksandra Staniec i wspomniana Ziętek, ale to był praktycznie koniec amunicji. W całej drugiej połowie azetesiaczki zdobyły tylko 9 bramek. Mimo ambitnej postawy nie udawało się trafiać z rzutów karnych i z akcji.

W 49 minucie zawodniczki z Jarosławia po trafieniu Igi Wicińskiej doprowadziły do remisu – 25:25, a później tylko szybko powiększały przewagę. Ostatnie minuty przebiegały całkowicie pod dyktando rywalek. Wynik spotkania na 27:32 ustaliła wspomniana Wicińska. Upragnione trzy punkty dopisały sobie przyjezdne i była to ich czwarta wygrana w tym sezonie.

– To był rywal na naszym poziomie i jak wskazuje wynik można było wygrać ten mecz. Na ostateczny rezultat składa się wiele rzeczy. My gdzieś nie wierzymy, że możemy zwyciężyć. Jak prowadzimy, to gra nam się dobrze, ale jak rywalki dochodzą bliżej to pojawia się jakieś usztywnienie. W głowie jest jakiś przełącznik, który sprawia, że zamiast grać, to zaczynamy kombinować i myślimy o tym, że jak to możemy wygrać. W mojej ocenie nasza gra fajnie wyglądała i mam nadzieję, że dziewczyny zobaczą że można. Tylko trzeba wierzyć i walczyć – mówiła po meczu Katarzyna Zglinicka-Skierska, trener AZS UW.

Najwięcej, bo po 6 bramek dla AZS UW zdobyły Agnieszka Ziętek i Kamila Jabłońska-Strzępka. Natomiast w drużynie JKS San Jarosław najskuteczniejsza była Amanda Szymborska, która zdobyła 8 goli.

Do końca rozgrywek pozostały jeszcze cztery kolejki. W klubie jest nadzieja, że mimo pandemii uda dokończyć sezon i będzie jeszcze szansa, żeby powalczyć o punkty.

– Wiadomo, że sytuacja nie jest korzystna dla nikogo, ale dopóki liga zawodowa może rywalizować, to będziemy trenować i grać. Zresztą cały czas walczymy o zwycięstwo – dodała rozmówczyni.

W grze o pierwsze miejsce i awans pozostają szczypiornistki AZS AWF Warszawa, które w sobotę pokonały w derbowym pojedynku UKS Varsovie 27:21. Już po pierwszej połowie zawodniczki z Bielan prowadził 14:4. W czwartek 1 kwietnia dojdzie do ciekawego pojedynku AZS AWF z ich bezpośrednimi rywalkami Suzuki Handball Korona Kielce. Zapowiadają się wiele emocji i to nie jest prima aprilis.

Autor: Robert Zakrzewski

Sport to zdrowie, a zdrowie i bezpieczeństwo uczestników naszych imprez jest najważniejsze. Widząc pogarszając się sytuacją pandemiczną prezydium Akademickiego Związku Sportowego podjęło decyzję o czasowym zawieszeniu rozgrywek.

Do 9 kwietnia została zawieszona organizacja Akademickich Mistrzostw Polski, Integracyjnych Mistrzostw Polski AZS oraz lig środowiskowych w tym Akademickich Mistrzostw Warszawy i Mazowsza. Wszystko to w trosce o bezpieczeństwo sportowców, ale też osób odpowiedzialnych za organizację wspomnianych wydarzeń i wolontariuszy.

„ Zwracamy również uwagę na rzetelne stosowanie się do wszelkich obostrzeń i nakazów związanych z bezpieczeństwem obowiązujących w przestrzeni publicznej, uczelnianej, klubowej, pamiętając o zasadzie: maseczki, dystans, dezynfekcja.Informacje dotyczące dalszych działań będą publikowane na naszych stronach internetowych: azs.pl, pasja.azs.pl i ampy.pl – czytamy w oficjalnym komunikacie Prezydium ZG.

W marcu 2020 podczas zawieszenia rozgrywek akademickich koronawirus dla wielu wydawał się czymś egotycznym. Suchymi danymi podawanymi co dnia w mediach. Dziś jednak część rodzin, kolegów i koleżanek zetknął się już z tą chorobą. Nie możemy zbagatelizować tego problemu i wierzymy, że czasowe ograniczenie rozgrywek pomoże nam wrócić do pełnej aktywności.

PEŁEN KOMUNIKAT

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak wiadomo – nie od razu Rzym zbudowano i w tym przypadku podobnie jest z integracyjną sekcją AZS SGGW. Choć jej założenie cieszyło się medialnym zainteresowaniem, to pierwszy trening praktycznie nie doszedł do skutku. Pomysłodawcy nie poddają się, bo chcą wypełnić niszę jaką jest sport osób niepełnosprawnych, w warszawskim środowisku akademickim.

Cisza i przejmująca pustka, to obrazek znany ostatnio z obiektów sportowych. We wtorkowe popołudnie hale Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego wydawały się być spragnione kolejnych goli, koszy, lub asów serwisowych. Zapraszały wręcz do treningu. – Poczekajmy jeszcze akademicki kwadrans – powiedział ktoś, gdy wybiła godzina 16 oznaczająca rozpoczęcie pierwszych zajęć integracyjnej sekcji. Mimo upływających minut nie zjawiał się jednak nikt. W planach były inauguracyjne zajęcia z boccia – dyscypliny paraolimpijskiej przypominającej nieco grę w bule.

– Nie czuję niesmaku po pierwszym treningu, bo zdaję sobie sprawę, że sytuacja pandemiczna mocno nas ogranicza. Nasza uczelnia charakteryzuje się tym, że większość studentów nie jest z Warszawy. Odczuliśmy, to już na początku roku akademickiego nawet wśród sportowców pełnosprawnych, bo z racji tego że mają zdalne zajęcia. więc nabór do sekcji był niemal zerowy – mówił Dariusz Rycaj, kierownik Studium Wychowania Fizycznego i Sportu SGGW .

Ten start, lub jak kto woli falstart, nie podciął jednak skrzydeł, tylko skłonił inicjatorów do poszukiwań nowych rozwiązań i sposobów dotarcia do uczestników treningów. Według szacunków na uczelni jest grupa około 200 studentów, którzy mogliby zostać członkami sekcji integracyjnej.

– To jest duża grupa osób i można z niej stworzyć potencjalnie całkiem sporą sekcję, albo nawet dwie. Z racji zastrzeżonych informacji, nie wiemy jednak o jakim stopniu niepełnosprawności są ci studenci. Wierzę, że uda nam się do nich dotrzeć. Może przez platformę internetową, gdzie odbywają swoje zajęcia z wychowania fizycznego. Wcześniej nie spotkałem się, żeby ktoś w Warszawie prowadził taką sekcję, więc razem z AZS SGGW postanowiliśmy ruszyć – dodaje rozmówca.

Sekcja dla osób z niepełnosprawnościami w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie jest pierwszą tego typu na stołecznej uczelni. Realizować ma zadania z wyrównywania szans i zrównoważonego rozwoju studentów. Impulsem do jej powstania były Integracyjne Mistrzostwa Polski AZS, działające już od kilku lat.

Zajęcia odbywać mają się we wtorki o godzinach 16:00-17:30 w boccie i czwartki o godzinie 17:30-19:00 w tenisa stołowego lub badmintona na Obiektach Sportowych SGGW przy ul. Ciszewskiego 10, wejście przez Studium Języków Obcych (pod łącznikiem).

Wszyscy zainteresowani proszeni są o kontakt z mikolaj.chudzik@azs.pl

Autor: Robert Zakrzewski

Foto: Ilona Berezowska (archiwum)

Rzutem na taśmę a raczej siatkę, zawodniczki AZS Lingwistycznej Szkoły Wyższej wywalczyły pozostanie w siatkarskiej II lidze. Sezon pełen wyzwań zakończyły na 8. pozycji z dorobkiem 22 punktów. Choć ich aspiracje na pewno były większe, to i tak można mówić o sukcesie.

Przez niemal całe rozgrywki podopieczne trener Agaty Szustowicz plasowały się na miejscu zagrożonym spadkiem do ligi regionalnej. Azetesiaczki przegrywały nie tylko z rywalkami, ale też z koronawirusem, który dopadł ich jeszcze w czasie przygotowań. Dopiero w trakcie rundy rewanżowej ponownie udało się zebrać im w pełnym składzie, a owoce pracy zebrały w najlepszym momencie.

– Gdy stworzyliśmy zespół, to powiedziałam prezesowi, że to najlepsza drużyna w historii naszego klubu. Uważałam, że możemy stanąć na podium. Niestety szybko przytrafił nam się przypadek koronawirusa i poszłyśmy na kwarantanne. Potem były kolejne przypadki i tak naprawdę trenować razem zaczęłyśmy dopiero w styczniu. W tym czasie musiałam próbować różnych rozwiązań, np. przekwalifikować libero na przyjęcie, albo raz zagrałam z dwoma rozgrywającymi. Nie było po prostu składu – mówi Agata Szustowicz, trener AZS LSW Warszawa.

Jeszcze w połowie stycznia po przegranej z liderkami tabeli AZS AWF Warszawa 0:3, drużyna AZS LSW znajdowała się na 10-tej pozycji z dorobkiem 11 punktów, i była pod kreską. W następnych kolejkach „lingwistki” już bieglej operowały piłką. Dowodem tego są cztery wygrane w pięciu ostatnich spotkaniach. Sprzyjał im też układ meczów, bo na koniec zostały do rozegrania mecze z zespołami nie będącymi w czubie tabeli.

Ale tak jak siatkarki AZS LSW, to tętna nie potrafią podnieść nawet skandynawskie kryminały. Dopiero w przedostatniej serii spotkań wydostały się one ze strefy spadkowej pokonując Spartę Warszawa 3:2. Choć prowadziły już 2:0, to musiało dojść do tie-breaku. Utrzymanie przypieczętowały wygraną u siebie z Chemikiem Olsztyn 3:0.

– Z meczu na mecz ciśnienie było coraz większe, bo jak się wygrywa to chce się jeszcze. Wcześniej jak się „dostawało” ileś spotkań, to można było mieć podcięte skrzydła. Coś w głębi mówiło wtedy, że mamy małe szanse. Ale ja jednak mam taki charakter, że nie lubię przegrywać. Wiedziałam w jakiej sytuacji wszyscy jesteśmy, ale znałam też nasz potencjał i wiedziałam, że tylko trzeba się spiąć. U nas nie było stałej szóstki, a dziewczyny które mniej grały to i tak wykonały super pracę na treningach. Dla całego zespołu mam ogromny szacunek za podjętą walkę – dodaje rozmówczyni.

W sezonie 2018/2019 siatkarki AZS LSW wywalczyły awans do siatkarskiej II ligi. Rok później już w wyższej fazie rozgrywek zajęły 7. miejsce. Tym razem był lokatę niżej, ale biorąc uwagę pod problemy i zawirowania, razem ze sztabem spisały się na medal.

Autor: Robert Zakrzewski

Foto: AZS LSW Warszawa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do trzech razy to sztuka – to powiedzenie nie sprawdziło się w przypadku futsalistów AZS UW Darkomp Wilanów. Stołeczna drużyna najwidoczniej nie ma szczęścia do zawodników Team Lębork, z którymi przegrali kolejne spotkanie w tym sezonie.

W bezpośrednim starciu beniaminków futsalowej Ekstraklasy lepszym bilansem legitymowała się drużyna z Pomorza, która w tym sezonie wygrała oba mecze i to w identycznym stosunku (3:2). Tak było w pierwszej rundzie jak i kilka dni temu podczas ćwierćfinału Pucharu Polski. Podopieczni trenera Macieja Karczyńskiego na pewno chcieli poprawić ten bilans, zdobyć komplet punktów i oddalić się od strefy spadkowej.

Niedzielne spotkanie rozpoczęło się minutą ciszy ku czci Grzegorza Lachowicza – zmarłego prezesa klubu Opole Komprachcice. Od pierwszego gwizdka wysoki pressing zastosowali gracze AZS UW Darkomp Wilanów, zmuszając rywali do strat. Już w 3 minucie gry Denis Lifanow uderzył w słupek, ale piłka szczęśliwie wróciła do niego. Dobitka była już skuteczna, a piłka przeszła jeszcze między nogami interweniującego Dominika Czekirdy.

Zbliżała się 11 minuta spotkania, a wynik nie ulegał zmianie. Wtedy w akcji trzy na dwa znaleźli się zawodnicy uniwerku, a na strzał zdecydował się Maciej Pikiewicz. W odpowiedzi z kontrą ruszyli zawodnicy z ciemnych koszulkach. Jednak w porę interweniował wślizgiem jeden z azetesiaków wybijając piłkę na aut.

Po niecałych 120 sekundach w pole karne rywali zagrał Jakub Nahorny, a nogę dostawił tylko reprezentant kraju – Michał Klaus, który z bliskiej odległości zdobył swojego 21 gola w tym sezonie. Azetesiacy prowadzili już 2:0, ale patrząc na historię tegorocznych spotkań pewne było, że tak się ten mecz nie skończy.

Mały popis Brazylijczyków sprawił, że wszystko zaczynało się od początku. Kontaktową bramkę w 14 minucie spotkania zdobył strzałem z prawej strony boiska Lucas Bonifacio Dos Santos. To był sygnał do ataku dla gości, którzy zaledwie 30 sekund później zdobyli gola na 2:2. Z przeciwnej strony parkietu ładnym uderzeniem popisał się jego rodak Andre Luis Da Silva.

W pewnym momencie tylko szczęście uratowało AZS przed stratą trzeciej bramki. Dwóch zawodników z Lęborka wyprowadzało szybką na kontrę i znaleźli się sam na sam z Kamilem Wójcikiem. Jednak ofiarny powrót gracza w białej koszulce w połączeniu z niezbyt celnym strzałem rywala sprawiły, że piłka trafiła w słupek, a ostatecznie wylądowała w rękach bramkarza AZS.

Druga połowa rozpoczęła się dla gospodarzy fantastycznienie, dzięki drugiej bramce Denisa Lifanowa. Ukrainiec wykorzystał długie podanie i efektownym strzałem dał ponownie prowadzenie swojej drużynie. Taka przewaga nie trwała jednak długo, bo w 25 minucie gola dającego remis zdobył Piotr Łapigrowski, który znalazł się w sytuacji na sam z bramkarzem UW i nie dał mu szans. Po chwili Krzysztof Witkowski wyprowadził błyskawiczną kontrę, która powinna dać prowadzenie przyjezdnym, ale jego kolega z drużyny, uderzył w boczną siatkę.

Dobrą okazję do podwyższenia mieli gospodarze po dwójkowej akcji Klaus – Dregier. Jednak ten ostatni będąc blisko bramki, choć nieco odwrócony, uderzył nad poprzeczką. W 34 min gola na 4:3 dla drużyny z Lęborka zdobył wspomniany Da Silva, który niepilnowany otrzymał piłkę z prawej strony boiska i znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem AZS UW. Brazylijczyk nie dał szans Wójcickiemu, a sam utonął w objęciach kolegów.

Ostatnie ponad dwie minuty gospodarze zaryzykowali grę z wycofanym bramkarzem, co przyniosło gole, ale dla rywali. Niemal sprzed własnego pola karnego do pustej bramki trafił Ukrainiec Witalij Kołesnyk. AZS jeszcze próbował zmienić wynik meczu, ale Piotr Łapigrowski przejął piłkę na linii środkowej i zdobył swojego drugiego gola w tym meczu, a szóstego w tym meczu dla Lęborka.

– Jakoś nie potrafimy grać z Lęborkiem. To charakterny zespół i mający bardziej doświadczonych zawodników. Mecz zasłużenie wygrał rywal, choć prowadziliśmy 2:0. To mnie właśnie martwi. Przegraliśmy też z koronawirusem, nie ma co ukrywać. Jesteśmy w takim dwutygodniowym rozbiciu, bo dopadł on nas w takim trudnym momencie. Myślę co jeszcze możemy poprawić, ale z drugiej strony nie ma teraz czasu, żeby nad czymś pracować. We wtorek mamy rozruch, a w środę jedziemy na kolejny mecz – mówił zmartwiony trener Maciej Karczyński.

Przed futsalistami AZS UW Darkomp Wilanów mały maraton. W środę 24 marca zagrają na wyjeździe z Red Devils Chojnice, a trzy dni później u siebie podejmować będą Fit Morning Gredar Team Brzeg, walczący o utrzymanie.

Autor: Robert Zakrzewski

AZS UW Darkomp Wilanów – Team Lębork
3:6 (2:2)

 

Po meczu z WKPR Wesoła więcej powodów do radości miały piłkarki ręczne AZS AWF Warszawa. Zaległe spotkanie w ramach 13. kolejki 1 ligi zakończyło się wysokim zwycięstwem drużyny z Bielan 39:23.

Faworytkami czwartkowego meczu rozgrywanego w hali przy ul. Marymonckiej były zawodniczki AZS AWF Warszawa, które prowadzą w tabeli grupy C. Akademiczki w 11 rozegranych do tej pory spotkaniach przegrały tylko raz i to właśnie ze szczypiornistkami WKPR Wesoła Warszawa (23:27). Grając na własnym parkiecie chciały się zrewanżować za tamten wynik.

Już w pierwszej minucie wynik gry otworzyła Joanna Wójcik. Wychowanka MKS Karczew przedarła się środkiem i nie dała szans bramkarce Wesołej. Na kolejne trafienie przyszło czekać do czwartej minuty spotkania, kiedy to rezultat podwyższyła Patrycja Kozak. Szybko kontaktową bramkę zdobyła Katarzyna Nosecka, nie pozwalając azetesiaczkom rozwinąć skrzydeł.

Początek meczu był bardzo wyrównany, i jak na derby przystało, toczony w szybkim tempie. Po 12 minutach gry przyjezdne doprowadziły do wyniku 6:5. Co najwidoczniej zmobilizowało zawodniczki z Bielan, które wyprowadziły dwie skuteczne kontry. Następnie po dwie bramki zdobyły Paulina Chrapusta i wspomniana już Joanna Wójcik, a na tablicy wyników zrobiło się już 12:6. Wynik pierwszej połowy na 19:12 ustaliła Sara Szczukocka.

Po zmianie stron sygnał do odrabiania strat dała Marta Musiał, ale szybko zawodniczki AZS AWF odpowiedziały dwoma bramkami. W 38 minucie obie drużyny dzieliło już dziesięć bramek, po tym jak kolejne trafienie zaliczyła Joanna Wójcik (24:14). Zawodniczki w różowych strojach robiły co mogły, ale między słupkami dobrze radziła sobie Agnieszka Kuźmicka.

Końcówka meczu zdecydowanie należała do zawodniczek z Bielan, które w 120 sekund zdobyły pięć bramek, ustalając rezultat spotkania na 39:23. Wynik przypieczętowała Joanna Marzewska kończąc efektowną szarże z prawej strony parkietu.

– To było normalne, że będziemy chcieli wziąć rewanż i cieszyć się z trzech punktów. Przyznam, że drużyna Wesołej nam jakoś nie leży, bo nawet w zeszłym sezonie też z nimi wysoko przegraliśmy (17:28 – red). Dlatego nie mogliśmy ich zlekceważyć. Przygotowując się do tego meczu kładliśmy nacisk na obronę i to całkiem dobrze zafunkcjonowało. Jeśli jest dobra obrona, to lepiej gra się bramkarkom, można też zdobyć bramki z szybkiego ataku. To wszystko dziś działało i jestem zadowolony z drużyny. Mam nadzieję, że utrzymamy formę w następnych meczach – powiedział po meczu Paweł Kapuściński, trener AZS AWF.

Najwięcej bramek dla drużyny AZS AWF zdobyła Patrycja Kozak, bo aż 9. W drużynie WKPR Wesoła najskuteczniejsza była Małgorzata Granicka z 7 trafieniami.

Dodajmy, że w rozegranym w miniony weekend meczu w ramach 13 kolejki 1 ligi grupy C zawodniczki MKS AZS UMCS Lublin pokonały AZS UW 35:20 (19:10).

Autor: Robert Zakrzewski

Foto: Marcin Selerski

Jeszcze dwa lata temu Bieg SGH nazywamy był ostatnim egzaminem przed wiosennym maratonem. Od tego czasu zmieniło się niemal wszystko. Pozostał jednak charytatywny charakter imprezy organizowanej przez samorząd studentów SGH. Właśnie ruszyły zapisy do wirtualnej edycji zawodów.

Tak, jak w ubiegłym roku setki uczestników nie spotkają się już na warszawskim Mokotowie. W wielu sferach życia pandemia pokrzyżowała plany i sprawiła, że nie ma możliwości przeprowadzenia biegu w tradycyjnej formie.

Młodzi organizatorzy nie składają jednak broni i chcąc podtrzymać ciągłość inicjatywy proponując edycję wirtualną. Wystartować będzie można w dogodnym dla siebie terminie i wybrać ulubioną trasę.

– Jeszcze latem ubiegłego roku byłem przekonany, że cała sytuacja ustąpi i będziemy mogli przeprowadzić bieg, taki jak zawsze. To się jednak nie udało, choć walczyliśmy do samego końca. Był jeszcze pomysł biegu hybrydowego na Polu Mokotowskim, albo biegu ulicznego na krótszej pętli. Jednak pandemia nie pozwoliła nam tego zorganizować. Skupiliśmy się więc na biegu on-line i chcemy go zorganizować jak najlepiej – mówi koordynator zawodów Bruno Pawłowicz.

Do wyboru są dwa główne dystanse liczące 5 i 10 km, oraz 1 km dla dzieci. Na uczestników czekają pamiątkowe medale oraz koszulki. Do 28 marca obowiązuje najniższa opłata wynosząca 45 zł na biegi dla dorosłych. W zeszłym roku frekwencja dopisała, a łącznie na głównych trasach wystartowało ponad 600 osób.

– Jeśli uda nam się uzyskać taką frekwencję, to będę bardzo szczęśliwy. Na to się jednak złożyło kilka czynników, których my teraz nie mamy. Wtedy to był początek biegów wirtualnych i to było coś nowego. Teraz kiedy prawie każdy bieg jest rozgrywany w formule on-line zainteresowanie może spadać. Chcemy jednak z tym walczyć i sprawić, żeby nasza impreza była jak najbardziej atrakcyjna. Cały zysk przekazujemy na pomoc dla chłopca, który skradł nasze serca. Mamy nadzieję, że inni też poczują taką chęć pomagania i pobiegną dla Tadka, oraz oczywiście dla swojego zdrowia – mówi nasz rozmówca.

Od początku swojej historii Bieg SGH miał wymiar charytatywny. Tym razem uczestnicy pobiegną dla półtorarocznego Tadzia, podopiecznego fundacji Siepomaga. Chłopiec urodził się z rzadką wadą serca. Przeszedł już trzy operacje i wymaga czwartej, która odbyć się może tylko w USA. Koszt leczenia w Boston Children’s Hospital to ponad 1 mln zł.

Wirtualny Bieg SGH wystartuje 25 kwietnia o godzinie 12 i potrwa aż do 16 maja, kiedy to odbędzie finał. Co tydzień na każdym z dystansów, wyłaniana będzie najlepsza trójka wśród kobiet i mężczyzn tzw. – „zwycięzcy tygodnia”. Prowadzona będzie też klasyfikacja drużynowa.

Autor: Robert Zakrzewski